Warszawa subiektywnie
Zakładki:
Blogi
Nakarm głodne dziecko - wejdź na stronę www.Pajacyk.pl
Kategorie: Wszystkie | GTW(b) | moim okiem | moim zdaniem
RSS
piątek, 31 października 2008
To już lepsze było pole kapusty

Jak subiektywnie, to subiektywnie.

Zdjęcie fajne, choć z pewnością nie nowatorskie. Ujęcie pojawiało się w różnych wariantach (np. takim). Pocztówka? OK. Ale żeby od razu wybierać je do promowania Warszawy, jako Europejskiej Stolicy Kultury 2016? Dla mnie nieporozumienie.

Dwa kolejne miejsca w konkursie potwierdzają jedynie, że amatorskie "Łorsoł baj najt" ma grono oddanych wielbicieli.

 

Europejska Stolica Kultury 2016

autor: Rafał Stankiewicz

 

P.S. W rzeczonym konkursie nie brałem udziału.

 

czwartek, 30 października 2008
Z 'Archiwum W'. Odcinek 3.
środa, 29 października 2008
Z 'Archiwum W'. Odcinek 2.
poniedziałek, 27 października 2008
Z 'Archiwum W'. Odcinek 1.

ulżyć całodobowo

 

Aaaaaby całodobowo ulżyć...

czwartek, 23 października 2008
Zdecydowanie!

z archiwum

 

poniedziałek, 20 października 2008
Napadało

desz jesienny deszcz

 

Deszcz, jesienny deszcz - czyli 12. akcja GTW(b)

 

12:34, miszka44 , GTW(b)
Link Komentarze (15) »
czwartek, 09 października 2008
W Natolinie

natolin

 

natolin

 

natolin

 

środa, 08 października 2008
Ratuszowi z dedykacją

Zamieszczam cały tekst z dzisiejszej 'Wyborczej'.  Jeśli ktoś nosi nóż w kieszeni, to niech go lepiej wyjmie - otworzy się, pokaleczy, i po co?

Barcelony droga do sławy

Pomysł na wizerunek: kreatywna, niezależna, wielokulturowa. Hasła: "Miasto ludzi", "Miejsce dialogu". Tę strategię władze Barcelony realizują od trzydziestu lat. Efekt: jedno z najbardziej lubianych miast w Europie.

Na remontowanych kamienicach - ochronne siatki z napisem "Wystrój się, Barcelono". Na przystankach autobusowych plakaty filmu "Vicky Cristina Barcelona" Woody'ego Allena. Na rikszach graffiti "Inna Barcelona", efekt współpracy biura promocji miasta z marką ubrań Desigual. W taksówkach wydane przez Instytut Kultury Katalonii przewodniki "Design w Barcelonie". Trudno zapomnieć, w jakim jesteś mieście.

Sprytni katalońscy urzędnicy w latach 70. wykorzystywali boom literatury iberoamerykańskiej. We współpracy ze specjalistami od promocji Stowarzyszenie Bibliotek w Barcelonie organizowało wycieczki śladami pisarzy, którzy mieszkali w Barcelonie albo o niej pisali.

Przy plaży zobaczysz metalową kilkumetrową rybę Franka Gehry'ego. Przy Passeig de Colom - kolorową rzeźbę Roya Lichtensteina. W dawnej dzielnicy chińskiej, dziś pakistańskiej - monumentalnego miedzianego kota Fernando Botero. Spacerując pasażem przy porcie, przejdziesz po instalacji Lothara Baumgartena. Większość prac, których kilkadziesiąt można obejrzeć, nie wchodząc do żadnego muzeum, powstała przy okazji olimpiady w 1992 roku. Wtedy władze miasta po raz pierwszy na dużą skalę postanowiły zainwestować w wizerunek Barcelony. Awangardowej, niezależnej, odważnej, młodej.

"Stworzyliśmy miasto, które jest produktem kulturalnym" - twierdzi Ferran Mascarell, historyk, wieloletni szef Komisji Kultury Katalonii, jeden z autorów strategii promocji Barcelony. Plan zaczął się rozwijać po śmierci generała Franco. W 1979 roku powstał pierwszy projekt z hasłem "Uczłowieczmy nasze miasto". Chodziło, jak Mascarell pisze w książce "Barcelona i nowoczesność", o oddanie miasta jego mieszkańcom, zachęcanie ich do organizowania festiwali, ulicznych koncertów, otwierania prywatnych galerii, straganów z książkami. Kultura miała wydostać się z instytucji.

Dziś widać to nad morzem, wokół Forum, zaprojektowanego przez słynnych Szwajcarów Herzoga i de Muerona, gdzie co roku wiosną odbywa się festiwal Primavera Sound. Także w dzielnicy Born, pełnej graffiti, studiów projektowych, niezależnych wydawnictw. Na placu przy MACBA, barcelońskim odpowiedniku Tate, grafficiarze tworzą na ścianach, deskorolkarze jeżdżą od rana do nocy, można tu spędzić cały dzień, spacerując między księgarniami i kawiarniami a otwartą niedawno galerią designu. O tym, jak wiele się dzieje, informuje internetowa telewizja Kultura, dostępna na stronie urzędu miasta.

Sprytni katalońscy urzędnicy w latach 70. wykorzystywali boom literatury iberoamerykańskiej - to w Barcelonie ma siedzibę wydawnictwo Carmen Balcells, która ten boom uruchomiła. Tu przy jednym kawiarnianym stoliku spotykali się Llosa, Marquez, Cortazar. Potem również barcelończycy - Montalban, Vila Matas, Mendoza. We współpracy ze specjalistami od promocji Stowarzyszenie Bibliotek w Barcelonie organizowało wycieczki śladami pisarzy, którzy mieszkali w Barcelonie albo o niej pisali. Dwa lata temu ukazała się książka - zapis tworzonych na te spacery opowieści dziennikarzy, historyków, fanów literatury.

Silnym bodźcem była nie tylko olimpiada, ale już nominacja na jej gospodarza, którą Barcelona dostała w 1986 roku. Wtedy wymyślono realizowaną do dziś kampanię "Wystrój się, Barcelono". Stworzono organizację o zabawnej, budzącej pozytywne emocje nazwie - Instytut Miejskiego Krajobrazu i Jakości Życia - który zachęca barcelończyków do współpracy w odnawianiu starych kamienic. Chodzi o wsparcie finansowe, ale też po prostu przychylność.

"Bez mieszkańców, którzy wierzą w miasto, nie można zbudować silnego wizerunku. Równie ważne, żeby w przyjezdnych budzić wrażenie, że trzeba tu wracać" - mówi Mascarell. Santiago Roncagliolo, peruwiański pisarz, autor "Czerwonego kwietnia", dziennikarz "El Pais", mieszka w Barcelonie od czterech lat: "Jak można nie kochać tego miasta? Spójrz na ten budynek - pokazuje mi osiemnastowieczny Pałac Sprawiedliwości, niedaleko miejskiego parku Ciutadella. - Stworzony, by wymierzać w nim kary przestępcom, ale piękny. Z punktu widzenia turysty to bardzo otwarte miejsce. Spójrz na tego człowieka - zupełnie nagi mężczyzna z gitarą na plecach spaceruje zadrzewionymi alejkami. Ale tak naprawdę to miasto należy do jego mieszkańców. Mieszkałem w Madrycie. Tam nikt cię nie pyta, skąd pochodzisz. Tu zwariowali na punkcie tożsamości, co uwielbiają podkreślać na każdej imprezie".

Zrozumiałam to podczas koncertu grupy Antonia Font przy fabryce piwa Estrella Damm, na jednej z wąskich ulic dzielnicy Gracia, otoczona setkami Katalończyków śpiewających "Alegria". Nawet jeśli nie znasz języka 30-letnich barcelończyków, którzy w dzieciństwie wakacje spędzali z katalońskimi rodzicami na Majorce, domyślisz się, że chodzi o radość zabawy, jakiej nie znają Hiszpanie. "Takie szczęście, że umierasz ze śmiechu, suche liście spadają z radością z drzew, domy stają na nogach, by pofrunąć".

Impreza była częścią festiwalu Merce, święta Barcelony, które odbywa się na początku jesieni od 1902 roku. W programie ponad sto koncertów: Richie Hawtin, Primal Scream, Russian Red, Antonia Font i kilka innych popularnych katalońskich zespołów. Jest reggae przed muzeum MACBA i festiwal kultury azjatyckiej w miejskim parku. Cyrk na wzgórzu Montjuic i pokazy fajerwerków na plaży. Przed Urzędem Miasta tradycyjne katalońskie rozrywki - esplugues, czyli wieże z ludzi, oraz parady gigantes, kilkumetrowych kukieł, reprezentujących dzielnice. Święto książek zakończyło się w ostatnią niedzielę. Wzdłuż jednej z najdroższych handlowych ulic miasta - Passeig de Gracia - ciągnęły się szeregi straganów z książkami.

"Sam tego nie pamiętam, ale z opowieści rodziców wiem, że z końcem dyktatury Franco ulice ożyły" - mówi Marc Duran Franci, 30-letni grafik, Katalończyk. "Otworzyliśmy się i nasza kreatywność eksplodowała". Efektem są studia projektowe, kluby, agencje reklamowe w dzielnicach Born i Raval. "Wizerunkowi miasta sprzyja nasz narcystyczny entuzjazm - twierdzi Duran Franci. - To my sprawiliśmy, że mieć w Barcelonie studio projektowe - znaczy: być w centrum tego przemysłu. Co jest nie tylko przyjemne, ale też atrakcyjne finansowo". Barcelona nie musi walczyć o uwagę z Madrytem. Jest konkurencją dla Amsterdamu, Paryża, Londynu.

W tym roku pomógł jej Woody Allen. Choć właściwie po raz kolejny sprytni Katalończycy, którzy zaproponowali nowojorskiemu reżyserowi współpracę przy promowania miasta. Hiszpańska premiera "Vicky Cristina Barcelona" odbyła się dwa tygodnie temu, podczas festiwalu Merce. "Ktoś zadzwonił z Barcelony: Chciałby pan zrobić u nas film? Sfinansujemy. Zdobywanie pieniędzy jest dla mnie zawsze najcięższą częścią pracy, więc powiedziałem: Jasne! - mówił Allen na konferencji prasowej. - Wcześniej niewiele wiedziałem na temat tego miejsca. Pomogła mi katalońska ekipa - doradzali, jakim językiem powinni mówić bohaterowie, do jakich knajp chodzić. Na potrzeby zdjęć otwierali galerie. Barcelończycy tłumnie przychodzili na plan, ale kiedy prosiłem o ciszę, byli grzeczni jak w żadnym innym mieście".

Wizerunkowi miasta sprzyja nasz narcystyczny entuzjazm - twierdzi Duran Franci, 30-letni grafik, Katalończyk - To my sprawiliśmy, że mieć w Barcelonie studio projektowe - znaczy: być w centrum tego przemysłu. Co jest nie tylko przyjemne, ale też atrakcyjne finansowo

Allen stworzył Barcelonę jak z reklamy, z parkiem Guel, katedrą Sagrada Familla, wzgórzem Tibidabo, knajpami pełnymi artystów. W jego filmie kataloński malarz (Javier Bardem) zaprasza amerykańskie turystki na weekend: "Dobrze zjemy, napijemy się wina, będziemy się kochać". Jedna z nich pisze pracę magisterską o katalońskiej tożsamości. Spotykają się w kawiarni Fragile, na placu przy MACBA, tam, gdzie jeżdżą deskorolkarze. Potem Scarlett Johansson na ulicy Robadors w Raval fotografuje się z prostytutkami, co w rzeczywistości byłoby trudne - lepiej tam nie wymachiwać drogim aparatem.

- Teraz wiem, że w tym mieście można się zakochać - mówił Allen po premierze. Jednak nie zależało mi na prawdziwym obrazie Barcelony. Miało być romantycznie, pięknie, książkowo.

W ciągu pierwszego weekendu film obejrzało ponad 100 tys. Katalończyków, większość na kopiach z katalońskim dubbingiem. W starym kinie Verdi podczas projekcji bez dubbingu pełna sala śmiała się najgłośniej, kiedy Javier Bardem i Penelope Cruz kłócili się, mieszając angielski z hiszpańskim. "Śmieszni ci Amerykanie - komentuje ktoś obok - Tu nikt tak nie mówi. Zorientują się, jak przyjadą".

Marta Strzelecka

czwartek, 02 października 2008
W nastroju przysiadalnym

cafe segafredo

Kawiarnia Segafredo