Warszawa subiektywnie
Zakładki:
Blogi
Nakarm głodne dziecko - wejdź na stronę www.Pajacyk.pl
Kategorie: Wszystkie | GTW(b) | moim okiem | moim zdaniem
RSS
poniedziałek, 01 sierpnia 2011
Powstanie miało sens?

Zdaniem niektórych miało.

Gen. Janusz Brochwicz-Lewiński, dowódca obrony Pałacyku Michla: " (...) straty "Parasola" w trakcie 63 dni Powstania Warszawskiego to 85 proc. ... Ci chłopcy bardzo dzielnie umierali..."

I jeszcze wymierne efekty: http://www.youtube.com/watch?v=twDouTqS4c8&NR=1

sobota, 09 lipca 2011
Kiepskie rady radnego

W wywiadzie dla „Stołecznej” Krystian Legierski powiedział: "Oczekuję kompromisu od właścicieli mieszkań w ścisłym centrum". Na czym zatem polega kompromis według radnego SLD? Na tym, że mieszkańcy, którym przeszkadza hałas wyprowadzą się i nie będą przeszkadzali w „normalnej” działalności klubów. Chętnie zrewanżuję się panu Legierskiemu równie „kompromisowym” rozwiązaniem: niech kluby zmienią profil na sklepy ekologiczne lub biblioteki publiczne albo wyniosą się w szczere pole, gdzie o poranku głos klubowiczów będzie mógł się nieść swobodnie... Ale na takie rozwiązanie na pewno nie zgodziliby się złaknieni nocnych szaleństw. Bo to właśnie miasta z całą swoją różnorodnością – z ulicami, placami, kamienicami, sklepami, galeriami, straganami bukinistów czy ulicznymi kwiaciarkami – tworzą klimat, ów genius loci, który sprawia, że w jednych miejscach chcemy przebywać, a od innych stronimy. Charakter miasta w nie mniejszym stopniu tworzą też jego mieszkańcy. Pozbycie się ich ze „stref bez ciszy nocnej” – bo do tego sprowadza się propozycja pana Legierskiego – doprowadziłoby do powstania martwych obszarów w atrakcyjnych miejscach Warszawy, czyli de facto stworzenia atrapy miasta. Jakie to przynosi efekty można zobaczyć np. w Pradze – ciemne okna w wielu kamienicach nad Wełtawą, opuszczonych przez swoich dotychczasowych mieszkańców, są przygnębiającym świadectwem, że wysoka pozycja w rankingu najbardziej rozrywkowych miast nie przekłada się na zadowolenie lokalnych społeczności.

Miasta dla ludzi – to hasło, które coraz mocniej przebija się do świadomości opinii publicznej i decydentów. Jak widać nie wszystkich. Są więc ludzie „nasi”, którzy mogą naruszać wolność ludzi „obcych”, którym arbitralnie odbieramy prawo do obrony ich wolności. Dziwię się, że to właśnie Krystian Legierski publicznie opowiada się za wykluczeniem i dyskryminacją.

Całkowicie myli się pan Legierski, przypisując klubom na Pradze umiejętność zgodnej koegzystencji z mieszkańcami. Jako sąsiad słynnego podwórka przy 11 Listopada 22 mogę go zapewnić, że stopień naszego zmęczenia i rozdrażnienia nie ustępuje temu znanemu z okolic Huśtawki czy pawilonów. Hałas wywołują nie tylko podchmieleni (czasem wręcz pijani) klubowicze, dla których całkowicie normalnym zachowaniem jest wydzieranie się pod oknami o północy albo 4 nad ranem. Nasze wielkie rozgoryczenie budzi to, że właściciele klubów złamali dane nam kiedyś słowo, że wynajmowana przez nich ochrona będzie pilnowała również porządku i spokoju na podwórku. Liczy się kasa, jaką każdego wieczoru zarabiają na alkoholu, zaś ewentualny mandat za zakłócanie spokoju można potraktować jako koszt prowadzenia działalności. A dobre samopoczucie sąsiadów? Kto by się tym przejmował. Lista grzechów właścicieli klubów jest dłuższa: notoryczne otwieranie drzwi, przez które ogłuszająca muzyka wydobywa się do białego rana; wystawianie głośników na zewnątrz i rozpoczynanie koncertów o godzinie... 22.00 – rzekomo za zgodą burmistrza Pragi Północ (sic!); puszczanie w klubie muzyki tak głośnej i pełnej basów, że drżą szyby; rozgrywanie po północy turniejów ping-ponga na podwórku.

Od radnego oczekiwałbym więcej zrozumienia, jak powinno funkcjonować miasto; pomysł tworzenia dzielnic-sypialni i wydzielonych sztucznie obszarów nieskrępowanej zabawy nie ma wiele wspólnego ze zrównoważonym rozwojem. Do którego z tych miejsc zaliczyć można ulice Stalową i 11 Listopada – czy tutaj się tylko śpi, czy tylko bawi? Nie, tutaj się normalnie żyje – chodzi do małego sklepiku po bułki i gazetę, spotyka na ulicy sąsiadów, pije kawę w bistro na rogu albo idzie do klubu pogadać ze znajomymi.

A jakie rozwiązanie mnie i moim sąsiadom proponuje Krystian Legierski? Wyprowadźcie się, bo macie pecha mieszkać obok „centrum rozrywki”. Wyprowadźcie się, żeby nie psuć samopoczucia bawiącym się do rana imprezowiczom. Wyprowadźcie się, bo miasto ma tętnić życiem przez całą dobę.

Za takie miasto dziękuję. Ale wyprowadzić się nie zamierzam. Bo taki „kompromis” byłby zwycięstwem arogancji i tupetu, które u niektórych zastąpiły uczucia empatii i zwykłej ludzkiej przyzwoitości.

 

czwartek, 17 września 2009
Blogi znalezione

Wciaż odkrywam. Więc się dzielę.

Warszawski Blog Parkingowy.

Warszawskie zbliżenia

To zero dwa dwa - kierunek Warszawa

Nasza Sobieska Ścieżka Rowerowa

Warsaw Cycle Chic

Szambo

Warszawskie sny Fernandy

Pre-tekst

Nananka

Maćkofff

Warsawia

Krabikowy świat

Subwarszawa

Tajemnice Warszawy

Fenomen Warszawy

Dokupictures

Warsaw Street Art

Warszawski blog

0-22

 

poniedziałek, 16 lutego 2009
Plac Wilsona nie dla banków

Trzymam kciuki. Na pohybel bankom :-)

PLAC WILSONA

 

wtorek, 25 listopada 2008
Oglądamy, czytamy

Zaległości nadrabiam i polecam kolejne - stare i nowe - warszawskie blogi:

KAPLICZKI

LICHO

VARSOVIA EST

NA SZLAKU

PO CO TO FOTO

WARSZAWA W OBIEKTYWIE

ROODY 102

PATYKIEM NA CELULOIDZIE

NA SZKLE

ANTYBLOG

LEPOKA

WARSZAWA DLA DZIECI

STOLICA I OKOLICA

FOTOGRAFIA I NIC WIĘCEJ

SUBIEKTYW WARSZAWSKI

MOJA WARSZAWA

CZAPKI NA BAKIER

EOSFOTO

MIASTOGRAFIA

MALAHITOWO

MIASTO MOJE A W NIM

 

piątek, 31 października 2008
To już lepsze było pole kapusty

Jak subiektywnie, to subiektywnie.

Zdjęcie fajne, choć z pewnością nie nowatorskie. Ujęcie pojawiało się w różnych wariantach (np. takim). Pocztówka? OK. Ale żeby od razu wybierać je do promowania Warszawy, jako Europejskiej Stolicy Kultury 2016? Dla mnie nieporozumienie.

Dwa kolejne miejsca w konkursie potwierdzają jedynie, że amatorskie "Łorsoł baj najt" ma grono oddanych wielbicieli.

 

Europejska Stolica Kultury 2016

autor: Rafał Stankiewicz

 

P.S. W rzeczonym konkursie nie brałem udziału.

 

środa, 08 października 2008
Ratuszowi z dedykacją

Zamieszczam cały tekst z dzisiejszej 'Wyborczej'.  Jeśli ktoś nosi nóż w kieszeni, to niech go lepiej wyjmie - otworzy się, pokaleczy, i po co?

Barcelony droga do sławy

Pomysł na wizerunek: kreatywna, niezależna, wielokulturowa. Hasła: "Miasto ludzi", "Miejsce dialogu". Tę strategię władze Barcelony realizują od trzydziestu lat. Efekt: jedno z najbardziej lubianych miast w Europie.

Na remontowanych kamienicach - ochronne siatki z napisem "Wystrój się, Barcelono". Na przystankach autobusowych plakaty filmu "Vicky Cristina Barcelona" Woody'ego Allena. Na rikszach graffiti "Inna Barcelona", efekt współpracy biura promocji miasta z marką ubrań Desigual. W taksówkach wydane przez Instytut Kultury Katalonii przewodniki "Design w Barcelonie". Trudno zapomnieć, w jakim jesteś mieście.

Sprytni katalońscy urzędnicy w latach 70. wykorzystywali boom literatury iberoamerykańskiej. We współpracy ze specjalistami od promocji Stowarzyszenie Bibliotek w Barcelonie organizowało wycieczki śladami pisarzy, którzy mieszkali w Barcelonie albo o niej pisali.

Przy plaży zobaczysz metalową kilkumetrową rybę Franka Gehry'ego. Przy Passeig de Colom - kolorową rzeźbę Roya Lichtensteina. W dawnej dzielnicy chińskiej, dziś pakistańskiej - monumentalnego miedzianego kota Fernando Botero. Spacerując pasażem przy porcie, przejdziesz po instalacji Lothara Baumgartena. Większość prac, których kilkadziesiąt można obejrzeć, nie wchodząc do żadnego muzeum, powstała przy okazji olimpiady w 1992 roku. Wtedy władze miasta po raz pierwszy na dużą skalę postanowiły zainwestować w wizerunek Barcelony. Awangardowej, niezależnej, odważnej, młodej.

"Stworzyliśmy miasto, które jest produktem kulturalnym" - twierdzi Ferran Mascarell, historyk, wieloletni szef Komisji Kultury Katalonii, jeden z autorów strategii promocji Barcelony. Plan zaczął się rozwijać po śmierci generała Franco. W 1979 roku powstał pierwszy projekt z hasłem "Uczłowieczmy nasze miasto". Chodziło, jak Mascarell pisze w książce "Barcelona i nowoczesność", o oddanie miasta jego mieszkańcom, zachęcanie ich do organizowania festiwali, ulicznych koncertów, otwierania prywatnych galerii, straganów z książkami. Kultura miała wydostać się z instytucji.

Dziś widać to nad morzem, wokół Forum, zaprojektowanego przez słynnych Szwajcarów Herzoga i de Muerona, gdzie co roku wiosną odbywa się festiwal Primavera Sound. Także w dzielnicy Born, pełnej graffiti, studiów projektowych, niezależnych wydawnictw. Na placu przy MACBA, barcelońskim odpowiedniku Tate, grafficiarze tworzą na ścianach, deskorolkarze jeżdżą od rana do nocy, można tu spędzić cały dzień, spacerując między księgarniami i kawiarniami a otwartą niedawno galerią designu. O tym, jak wiele się dzieje, informuje internetowa telewizja Kultura, dostępna na stronie urzędu miasta.

Sprytni katalońscy urzędnicy w latach 70. wykorzystywali boom literatury iberoamerykańskiej - to w Barcelonie ma siedzibę wydawnictwo Carmen Balcells, która ten boom uruchomiła. Tu przy jednym kawiarnianym stoliku spotykali się Llosa, Marquez, Cortazar. Potem również barcelończycy - Montalban, Vila Matas, Mendoza. We współpracy ze specjalistami od promocji Stowarzyszenie Bibliotek w Barcelonie organizowało wycieczki śladami pisarzy, którzy mieszkali w Barcelonie albo o niej pisali. Dwa lata temu ukazała się książka - zapis tworzonych na te spacery opowieści dziennikarzy, historyków, fanów literatury.

Silnym bodźcem była nie tylko olimpiada, ale już nominacja na jej gospodarza, którą Barcelona dostała w 1986 roku. Wtedy wymyślono realizowaną do dziś kampanię "Wystrój się, Barcelono". Stworzono organizację o zabawnej, budzącej pozytywne emocje nazwie - Instytut Miejskiego Krajobrazu i Jakości Życia - który zachęca barcelończyków do współpracy w odnawianiu starych kamienic. Chodzi o wsparcie finansowe, ale też po prostu przychylność.

"Bez mieszkańców, którzy wierzą w miasto, nie można zbudować silnego wizerunku. Równie ważne, żeby w przyjezdnych budzić wrażenie, że trzeba tu wracać" - mówi Mascarell. Santiago Roncagliolo, peruwiański pisarz, autor "Czerwonego kwietnia", dziennikarz "El Pais", mieszka w Barcelonie od czterech lat: "Jak można nie kochać tego miasta? Spójrz na ten budynek - pokazuje mi osiemnastowieczny Pałac Sprawiedliwości, niedaleko miejskiego parku Ciutadella. - Stworzony, by wymierzać w nim kary przestępcom, ale piękny. Z punktu widzenia turysty to bardzo otwarte miejsce. Spójrz na tego człowieka - zupełnie nagi mężczyzna z gitarą na plecach spaceruje zadrzewionymi alejkami. Ale tak naprawdę to miasto należy do jego mieszkańców. Mieszkałem w Madrycie. Tam nikt cię nie pyta, skąd pochodzisz. Tu zwariowali na punkcie tożsamości, co uwielbiają podkreślać na każdej imprezie".

Zrozumiałam to podczas koncertu grupy Antonia Font przy fabryce piwa Estrella Damm, na jednej z wąskich ulic dzielnicy Gracia, otoczona setkami Katalończyków śpiewających "Alegria". Nawet jeśli nie znasz języka 30-letnich barcelończyków, którzy w dzieciństwie wakacje spędzali z katalońskimi rodzicami na Majorce, domyślisz się, że chodzi o radość zabawy, jakiej nie znają Hiszpanie. "Takie szczęście, że umierasz ze śmiechu, suche liście spadają z radością z drzew, domy stają na nogach, by pofrunąć".

Impreza była częścią festiwalu Merce, święta Barcelony, które odbywa się na początku jesieni od 1902 roku. W programie ponad sto koncertów: Richie Hawtin, Primal Scream, Russian Red, Antonia Font i kilka innych popularnych katalońskich zespołów. Jest reggae przed muzeum MACBA i festiwal kultury azjatyckiej w miejskim parku. Cyrk na wzgórzu Montjuic i pokazy fajerwerków na plaży. Przed Urzędem Miasta tradycyjne katalońskie rozrywki - esplugues, czyli wieże z ludzi, oraz parady gigantes, kilkumetrowych kukieł, reprezentujących dzielnice. Święto książek zakończyło się w ostatnią niedzielę. Wzdłuż jednej z najdroższych handlowych ulic miasta - Passeig de Gracia - ciągnęły się szeregi straganów z książkami.

"Sam tego nie pamiętam, ale z opowieści rodziców wiem, że z końcem dyktatury Franco ulice ożyły" - mówi Marc Duran Franci, 30-letni grafik, Katalończyk. "Otworzyliśmy się i nasza kreatywność eksplodowała". Efektem są studia projektowe, kluby, agencje reklamowe w dzielnicach Born i Raval. "Wizerunkowi miasta sprzyja nasz narcystyczny entuzjazm - twierdzi Duran Franci. - To my sprawiliśmy, że mieć w Barcelonie studio projektowe - znaczy: być w centrum tego przemysłu. Co jest nie tylko przyjemne, ale też atrakcyjne finansowo". Barcelona nie musi walczyć o uwagę z Madrytem. Jest konkurencją dla Amsterdamu, Paryża, Londynu.

W tym roku pomógł jej Woody Allen. Choć właściwie po raz kolejny sprytni Katalończycy, którzy zaproponowali nowojorskiemu reżyserowi współpracę przy promowania miasta. Hiszpańska premiera "Vicky Cristina Barcelona" odbyła się dwa tygodnie temu, podczas festiwalu Merce. "Ktoś zadzwonił z Barcelony: Chciałby pan zrobić u nas film? Sfinansujemy. Zdobywanie pieniędzy jest dla mnie zawsze najcięższą częścią pracy, więc powiedziałem: Jasne! - mówił Allen na konferencji prasowej. - Wcześniej niewiele wiedziałem na temat tego miejsca. Pomogła mi katalońska ekipa - doradzali, jakim językiem powinni mówić bohaterowie, do jakich knajp chodzić. Na potrzeby zdjęć otwierali galerie. Barcelończycy tłumnie przychodzili na plan, ale kiedy prosiłem o ciszę, byli grzeczni jak w żadnym innym mieście".

Wizerunkowi miasta sprzyja nasz narcystyczny entuzjazm - twierdzi Duran Franci, 30-letni grafik, Katalończyk - To my sprawiliśmy, że mieć w Barcelonie studio projektowe - znaczy: być w centrum tego przemysłu. Co jest nie tylko przyjemne, ale też atrakcyjne finansowo

Allen stworzył Barcelonę jak z reklamy, z parkiem Guel, katedrą Sagrada Familla, wzgórzem Tibidabo, knajpami pełnymi artystów. W jego filmie kataloński malarz (Javier Bardem) zaprasza amerykańskie turystki na weekend: "Dobrze zjemy, napijemy się wina, będziemy się kochać". Jedna z nich pisze pracę magisterską o katalońskiej tożsamości. Spotykają się w kawiarni Fragile, na placu przy MACBA, tam, gdzie jeżdżą deskorolkarze. Potem Scarlett Johansson na ulicy Robadors w Raval fotografuje się z prostytutkami, co w rzeczywistości byłoby trudne - lepiej tam nie wymachiwać drogim aparatem.

- Teraz wiem, że w tym mieście można się zakochać - mówił Allen po premierze. Jednak nie zależało mi na prawdziwym obrazie Barcelony. Miało być romantycznie, pięknie, książkowo.

W ciągu pierwszego weekendu film obejrzało ponad 100 tys. Katalończyków, większość na kopiach z katalońskim dubbingiem. W starym kinie Verdi podczas projekcji bez dubbingu pełna sala śmiała się najgłośniej, kiedy Javier Bardem i Penelope Cruz kłócili się, mieszając angielski z hiszpańskim. "Śmieszni ci Amerykanie - komentuje ktoś obok - Tu nikt tak nie mówi. Zorientują się, jak przyjadą".

Marta Strzelecka

czwartek, 07 sierpnia 2008
Kung-fu Cepelia

Dziecko u babci, czyli można się kulturalnie rozwinąć. Idziemy z M. do kina. Jeśli komu miły lizboński spleen, to niech w te pędy gna na ‘Fados’ Carlosa Saury. Bo chociaż to nie arcydzieło (w porównaniu z jego starymi fabułami – pamiętacie ‘Nakarmić kruki’? – albo interpretacją ‘Carmen’), to jednak na dobre półtorej godziny można zanurzyć się w tej fenomenalnej muzyce, wzruszyć, zamienić wygodny kinowy fotel na twardą ławkę w tramwaju 28... Ale przecież to nie blog filmowy!

Wychodzę ci ja z kina bogatszy (?) o gazetkę „Hit”, rzekomo „największy magazyn filmowy”. 20 stroniczek licząc z okładkami. A tam ostry i bezkompromisowy artykuł Kate Michalski (przyznaje się do wszystkich tekstów tego periodyku) o zbrodniczej próbie zniszczenia piękna. O nieznanych sprawcach za nic mających estetykę naszego Miasta. O tych, którym ohydną jawi się perspektywa centrum Warszawy, w którym jest „bezpiecznie, czysto i ładnie”. I oczywiście o tych, którzy za tym stoją.

Oddam głos autorce: „W nocy z 6 na 7 lipca nieznani sprawcy wspięli się na dach warszawskiej Cepelii i pocięli nożem nasz 18-metrowy balon Pandy Po. Cięcia zostały zadane bardzo profesjonalnie, więc podejrzewamy, że robotę tę wykonano na zlecenie. Tylko czyje?” Pani Michalski nie ma kłopotów z identyfikacją mocodawców. „(...) dziwnym zbiegiem okoliczności w sobotę 6 lipca [sobota była 5. – przyp. m44] w Gazecie Stołecznej ukazał się napisany pod dyktando władz Śródmieścia artykuł, w którym zaatakowano naszą Pandę, że duża, że nielegalna”. I dalej snuje rozważania, jak to problemem są brzydkie dworce, śmierdzące przejścia i menele w Pasażu Wiecha, a nie słodziutki miś lubiany przez dzieci. Słodziutki na całe 6 pięter wysokości.

Zostawmy kwestię inspirowania przez redakcję GS nieznanych, choć „profesjonalnych„ sprawców. Czy Kate Michalski i jej pracodawcy w jakimkolwiek innym mieście na świecie mogliby bezczelnie zaśmiecać swoją reklamą przestrzeń publiczną? Czy mogliby nielegalnie postawić dmuchane monstrum w środku jakiejkolwiek stolicy? Czy w jakimkolwiek innym miejscu mogliby śmiać się w oczy lokalnym władzom i mieszkańcom? Jak widać firmy reklamowe mają z pojęciem dobra publicznego tyle wspólnego, co złodziej z uczciwością, a ku**a z cnotą.

 

P.S. Redakcja Stołka powinna reklamować robotę u „nieznanych sprawców”. Jak zauważa z ulgą pani Michalski: „Na szczęście Panda za bardzo nie ucierpiała – po małej reanimacji znów stała w pełnej krasie i wcale nie szyderczo uśmiechała się do warszawiaków”.

 

wtorek, 03 czerwca 2008
Warszawa jest zbyt cenna...

– Zabudowa w parku Świętokrzyskim stanie. Nie wiem jeszcze, jak będzie intensywna, ale rejon skrzyżowania Emilii Plater i Świętokrzyskiej jest zbyt cenny, by rosły tam tylko drzewa – mówi nam prezydent Warszawy Hanna Gronkiewicz-Waltz. Takie słowa miłościwie nam panującej przytacza dzisiejsze 'Życie Warszawy' .

Może w przerwach swojej umysłowej biegunki zechce Pani Prezydent zapoznać się z Programem Platformy Obywatelskiej dla Warszawy na lata 2006-2010. Kilka cytatów:

"Wzrost bogactwa mierzony wielkością PKB nie zda się na wiele, gdy nasza jakość życia ucierpi na skutek braku terenów zielonych."

"Skarbem stołecznego grodu są jego parki i tereny zieleni miejskiej."

"Istniejące, wspaniałe tereny zielone ochronimy przed zabudową i uczynimy bardziej funkcjonalnymi."

Jakoś o interesach deweloperów nic w programie PO nie ma. To czemu Pani Prezydent z takim uporem lobbuje na ich rzecz? Niedawno chciała Stadion Narodowy przenieść na peryferia, żeby się drogie grunty nie zmarnowały. I nic jej krytyka po tamtej wpadce nie nauczyła.

Warszawa jest zbyt cenna, by ciągle rządziły nią tylko miernoty.

środa, 23 kwietnia 2008
Muzeum wirtualne, wpadka realna

Muzeum Powstania Warszawskiego rozpoczęło second life. Wirtualne MPW potwierdza po raz kolejny, że jest to najlepsza placówka w kraju. Tym bardziej boleć / dziwić / irytować (niepotrzebne skreślić) muszą wszelkie wpadki.

Zajrzy mniej uświadomiony osobnik do zakładki 'Sylwetki uczestników' z nadzieją, że pozna biogramy powstańców. Owszem, znajdzie je tam. Ale także uczestnika, nazywającego się Erich von dem Bach. Albo Wanda Wasilewska, albo Hilary Minc, albo... Jakub Berman. Obecność Mordechaja Anielewicza i Marka Edelmana dziwi nie mniej.

Mam nadzieję, że twórcy wirtualnego Muzem zrobią porządek z tym skrótem myślowym.

 

P.S. Błąd naprawiony. Ale teraz już nie sposób znaleźć biogramów  postaci historycznych. Zamienił stryjek...

czwartek, 06 marca 2008
Hipokryci na wysokich obrotach

Miałem nie pisać o tej tragedii. Śmierć dziennikarza "Super Expressu" w rozbitym Ferrari - uznałem - jest konsekwencją tak skrajnej głupoty i nieodpowiedzialności jego kolegi, że ta "oczywista oczywistość" dotrze do najbardziej zamkniętych głów. Myliłem się.

W dzisiejszych "Wysokich Obrotach" można znaleźć takie perełki: "Nie wiadomo dokładnie, jak szybko jechali". Nie wiadomo chyba tylko dziennikarzom "Wyborczej". Dla nich pewnie to istotna różnica, czy na liczniku było 180, 200 czy może 220 km/h. I świadkowie, i policja szacują prędkość na ok. 200 km/h. Ograniczenie jest do 50. No ale przecież nie dla "dwóch świetnych kierowców w świetnym aucie". Kto zawinił? "Jedna z przyczyn? Nawierzchnia. Zdradliwy, niemal niewidoczny garb o długości kilkunastu metrów. Mocno wybija w górę co szybciej jadące auta". Co szybciej. Chyba co głupiej!

Ale gazeta zamierza z tym walczyć. Nie, nie będzie wyprowadzać z błędu kierowców przekonanych o własnej nieomylności i nieśmiertelności. Opublikuje mapę "szczególnie niebezpiecznych punktów w kilku większych aglomeracjach". Pewnie po to, żeby piraci wiedzieli, gdzie trzeba zwolnić, żeby zaraz pokazać na co stać głupich mężczyzn w ich wspaniałych maszynach.

I nie nazwie bandyckim zachowania p.Zientarskiego, bo to przecież kolega po fachu. Hipokryzja podniesiona do rangi zasady dziennikarskiego kodeksu.
czwartek, 21 lutego 2008
Przybywa

I niech ktoś powie, że Warszawy nie da się kochać...

FOTOHOLIK

KUBUŚ WIRUS  

MIASTOWU  

MIĘDZY WARSZAWĄ A NIEBEM  

MLENKA

PSTRYKACZ  

SCHWEFEL

wtorek, 19 lutego 2008
Fiat 500? Nie, dziękuję!
Podoba mi się nowe cinquecento. Sympatyczny, miejski samochodzik. Co prawda znaleziony w Internecie komentarz - cytuję: "Ale szajs !!!! W trumnie jest wiecej miejsca !!" - powinien dać do myślenia, ale człowiek leci na design, na zewnętrzną powłokę li tylko spoziera. Dlaczego zatem fajny produkt reklamowany jest w tak prymitywny i niesmaczny sposób? Agencja reklamowa (zdaje się, że Leo Burnett) nie popisała się. Spytacie co ma fiacik do Warszawy? Polecam 34. sekundę reklamy, którą również w telewizji możecie zobaczyć. Dla niecierpliwych: w promocji samochodu, czyli kawałaków blachy wyposażonych w silnik i wypuszczających spaliny, wykorzystano to zdjęcie:
 
sylwester kris braun prudential
 
Zdjęcie, przedstawiające Prudential, wykonał w czasie Powstania Warszawskiego Sylwester Braun ps. "Kris".
 
Jak rozumieć tłumaczenia pewnego idioty, mieniącego się rzecznikiem firmy Fiat Auto Poland (Bogusławie Cieślar! jest pan idiotą!), iż reklama ta, to nie reklama, ale "przesłanie społeczne, które ma pokazywać, że Fiat w minionych dziesięcioleciach był obecny w Polsce na dobre i na złe"? Jakim prawem tak wzniosłymi słowami można tłumaczyć zwykłą chęć zysku? Czy cierpienie i śmierć tysięcy ludzi oraz zagłada Miasta - wyrażona w tym zdjęciu - są dla firmy pana Cieślara warte tyle, co wzrost sprzedaży ich produktu? Czy może Fiat Auto Poland chce opowiedzieć o nieznanym fakcie pomocy faszystowskich Włoch dla Polski Podziemnej?
 
A jak wytłumaczyć użycie w reklamie osoby Janusza Korczaka?! Może dzieci z sierocińca na Umschlag Platz ktoś podwiózł fiatem... Absurd? Chyba mniejszy niż postępek Fiata.
 
Żałosne to i smutne.
poniedziałek, 04 lutego 2008
Wydechy

Wdechy rozdane. Nie mogę się powstrzymać od krótkiego komentarza.

Czytelnicy swoim wyborem pokazali, że doceniają ludzi, miejsca i działania, które coś istotnego wnoszą do krajobrazu Warszawy. Przemek Pasek swoją miłością do Wisły zaraził wielu ludzi, pokazał, że pasja i zaangażowanie więcej znaczą od urzędniczej powinności. A czym ważnym dla Miasta był spektakl Krzysztofa Warlikowskiego (przy całym szacunku dla reżyserkiego kunsztu)? W jaki sposób jego nazwisko kojarzyć się może z Warszawą? Chyba nawet Jożin z Bażin wzbudzić mógłby mniejsze wątpliwości.

Dotleniacz vs "Boniek" - to był zaiste trudny wybór. Tu jednak rację przyznaję redakcji "Stołka".

Ale wybór przez redakcję REDakcji na 'miejsce roku' to Monthy Python w czystej postaci. I jeszcze "charyzmatyczny" (sic!) Sławomir Sierakowski. Pewnie w przyszłym roku nagrodę otrzyma kuchnia redaktora naczelnego 'Stołecznej'.

wtorek, 15 stycznia 2008
Bloga potęga?

Niezwykły zbieg okoliczności? Dowód na urzędników z internetem obcowanie? Obiecane przez premiera cuda? Zaiste nie wiem.

W każdym razie wczorajszy tapczan dzisiaj dwóch dziarskich mężczyzn załadowało na ciężarówkę i uwiozło w nieznane. Nieswojo się poczułem.

 
1 , 2 , 3 , 4